Tablica ogłoszeń!

Informuję, że recenzje, które pojawiają się na blogu są tekstem mojego autorstwa i zostały przeniesione z bloga "Just one more page...", którego również jestem autorką, a którego działalność zamierzam zamknąć.
Pozdrawiam serdecznie,
Ewelina!

czwartek, 29 czerwca 2017

"Rany boskie!"

Na wsi, gdzie mieszkała Martyna, była uważana za złote dziecko. Zawsze uśmiechnięta, miła, pomocna, zabawna, inteligentna i dobra.  Fakt, Martyna była dobrą kobietą, ale zbyt wiele razy dostała po tyłku i kiedy nie musiała udawać, wychodziła z niej wredna suka. Zresztą, życie w mieście ją do tego zmusiło. Inaczej nie osiągnęłaby tego, co ma, tylko z podkulonym ogonem wróciłaby na wieś do rodziców. Nadal klepałaby biedę, odganiając się od starych kawalerów, którzy obiecywaliby jej cudowne życie na gospodarce. Nie była głupia. Widziała, czym to grozi. Nie raz widziała jak matka płacze po kątach z niemocy, a zamiast wsparcia dostawała od ojca lanie. Nie chciała takiego życia dla siebie, dlatego gdy tylko nadarzyła się okazja uciekła ze wsi. Najpierw zamieszkała u wujostwa, którzy obiecali jej pomóc, za co jest im cholernie wdzięczna. Skończyła szkołę, dostała się na studia, znalazła dobrą pracę, w końcu kupiła mieszkanie i samochód. Żyła tak, jak sobie wymarzyła.
Kiedy wujcio Stefan zmarł, obiecała sobie, że nie zostawi cioci samej. Pomogła jej zająć się pogrzebem i innymi sprawami związanymi ze śmiercią wuja. Jednak, żałoba cioci nie trwała długo, bo już kilka tygodni po jego śmierci oznajmiła Martynie, że wyrusza w podróż dookoła świata. Co było jej wielkim marzeniem od zawsze. Minął rok od ich pożegnania na lotnisku, skąd zmierzała do Ameryki Południowej. „Na początek – Brazylia”, powiedziała, kiedy rezerwowała bilet lotniczy. Co jakiś czas ciocia Hela przysyła Martynie pocztówki z różnych zakątków świata. Zasłużyła na takie wakacje – myślała, co rano przy porannej kawie zerkając na lodówkę oklejoną pocztówkami. Życie z wujkiem Stefanem nie było usłane różami, choć trzeba mu przyznać, że na starość starał się jak mógł jej to wynagrodzić.
Była niedziela, więc Martyna, jak co tydzień przygotowywała się do podróży w rodzinne strony. Co niedzielę jeździła do rodziców, aby spędzić z nimi trochę czasu, mimo, że wiązało się to z uczęszczaniem na popołudniowe msze. Przed wyjazdem z miasta wstąpiła jeszcze do sklepu na małe zakupy. Zawsze przywoziła rodzicom owoce, jakieś słodkości i oczywiście skromny upominek. Mamie kupiła nową sukienkę, która na pewno jej się spodoba i będzie do niej pasowała, a ojcu jak zwykle dobry trunek i smakołyki z cukierni naprzeciwko jej mieszkania, bo tatuś lubił zjeść, a gdy jadł nie zadawał kłopotliwych pytań, których Martyna szczerze nienawidziła i psuły jej humor na resztę dnia.
A jej wcale nie w głowie była żeniaczka. Uważała, że jeszcze ma czas. W końcu miała zaledwie dwadzieścia pięć lat, była młoda i chciała jeszcze poszaleć. Korzystać z życia, podróżować, poznawać nowe miejsca, potrawy i nowych mężczyzn. A miała ich wielu w swoim życiu. Zwykle spotykała się z nimi nie dłużej niż trzy spotkania… w łóżku. Kiedy zaczynali biadolić o tym, jaka jest wyjątkowa i jak bardzo chcieliby poznać ją bliżej, wycofywała się.
W piątek wybrała się do najekskluzywniejszego klubu w mieście. Schodziły się tam najbogatsi ludzie w okolicy. Biznesmeni, prawnicy, politycy, gwiazdy muzyki i kina a także modelingu. Lubiła tam przebywać, czuła się wyróżniona, bo nie wpuszczali tam byle kogo. Wiedziała jak wykorzystać swój urok osobisty, wiedziała jak i kogo nim oczarować, aby w życiu wiodło jej się lepiej. Zresztą była piękną kobietą, inteligentną, wygadaną, zabawną i ludzie za to właśnie ją lubili. Nie musiała specjalnie się wysilać, aby wkupić się w nowe grono znajomych. A miała ich naprawdę wielu, ale nie potrafiła nikomu zaufać na tyle, aby się z kimś zaprzyjaźnić. W świecie, w którym żyła, nie było miejsca na przyjaźń. Dlatego tym razem poszła do klubu sama. Chciała się zabawić.  Nie miała zamiaru „łowić”, po prostu chciała potańczyć, napić się kilka drinków, a później zamówić taksówkę i wrócić do domu. To był jej sposób relaksu po ciężkim dniu w pracy.
Na początek wypiła setkę, po czym wyszła na parkiet i zaczęła bujać się w rytm muzyki. Czuła się swobodnie. Wiedziała, że wiele ludzi, a zwłaszcza mężczyzn jej się przygląda, ale miała to gdzieś. Podeszła do baru po kolejną setkę i znów wtopiła się w tłum tańczących. Uwielbiała tańczyć i była w tym dobra. Miała niesamowite wyczucie rytmu i do tego nieziemskie pośladki, którymi wiedziała jak zakręcić.
Martyna zatraciła się w tańcu. Nie zauważyła, że z drugiego końca sali, ktoś jej się przygląda. Poczuła tylko dziwne mrowienie na ciele, ale kiedy otworzyła na chwilę oczy i omiotła salę wzrokiem nie znalazła żadnych wpatrzonych w nią oczu. Postanowiła nie przejmować się reakcją jej ciała i znów wpadła w trans. Nagle poczuła na swoich biodrach czyjeś dłonie, które przyciągnęły ją do siebie i próbowały złapać jej rytm. Już chciała się odwrócić i zbesztać tego, który pozwolił sobie na takie posunięcie, ale gdy spojrzała na mężczyznę stojącego przed nią, zaniemówiła. Ujrzała mega przystojnego mężczyznę. Brunet, zielone oczy, trzydniowy zarost, ciemna karnacja, wysoki, zadbany i świetnie ubrany. Na widok jej miny roześmiał się w głos. Ona również zaczęła się śmiać, po czym bez słowa znów zaczęli tańczyć.
- Cześć, jestem Patryk. A Ty? -  Przedstawił się, próbując przekrzyczeć muzykę.
- Martyna. – Odkrzyknęła.
Nie rozmawiali zbyt wiele, bo przez głośną muzykę ciężko było rozmawiać, ale świetnie dogadywali się w tańcu. Spędzili resztę wieczoru razem na parkiecie, od czasu do czasu podchodząc do baru wypić kolejną setkę.
Nad ranem po kilku drinkach i godzinach na parkiecie, Martyna czuła się wykończona, więc postanowiła pożegnać się z nieznajomym i wrócić do domu.
- Ja już będę uciekać, jestem okropnie zmęczona.
- Tak szybko? Impreza się dopiero rozkręca. – Odpowiedział Patryk.
- Ja już na dzisiaj kończę, ale miło było cię poznać i ogromne dzięki za towarzystwo na parkiecie. – Przysunęła się do mężczyzny i dała mu szybkiego całusa w policzek – Baw się dobrze. – Dodała.
Źródło: Internet
Wtedy wszystko zadziało się tak szybko. Patryk złapał ją za rękę i pociągnął za sobą w stronę męskiej ubikacji, w której ku zaskoczeniu Martyny działy się przeróżne rzeczy. Zaciągnął ją do jednej z wolnych kabin, zamknął za nimi drzwi i zaczął ją całować. Całował ją tak, jak nikt nigdy wcześniej i strasznie jej się to podobało. Czuła jak wzrasta w niej pożądanie. Oderwał na chwilę usta i spojrzał jej w oczy. Patrzył długo, a w spojrzeniu miał coś, co sprawiło, że aż przeszły ją dreszcze. Lekko skinęła głową, sama nie wiedząc, dlaczego to robi. Tej nocy kochali się kilkakrotnie. W męskiej ubikacji, w taksówce i u niego w mieszkaniu.
Był namiętny, elektryzujący, podniecający. Nigdy wcześniej nie spotkała takiego mężczyzny. Choć wszystko ją bolało, to czuła się spełniona, ale jeszcze nienasycona. I obserwując śpiącego Patryka, zastanawiała się, co ten facet ma w sobie, że straciła dla niego głowę. Miał w sobie jakąś tajemnicę, którą koniecznie chciała odkryć. Postanowiła, że rano spróbuje go o wszystko wypytać. I zasnęła.
Kiedy obudziła się, zastała Patryka na kolanach, z zamkniętymi oczami, złożonymi dłońmi i szepczącego coś do siebie. Czyżby się modlił? Ten widok tak ją zszokował, że nie wiedziała jak się zachować. Postanowiła mu jednak nie przerywać.
Kiedy skończył i wstał z kolan, odezwała się.
- Dzień dobry Przystojniaku!
Uśmiechnął się do niej nieśmiało i lekko poczerwieniał.
- Dzień dobry. – Odpowiedział. -  Wyspałaś się?
- Tak, spało mi się wyśmienicie. – Zamruczała jakby chciała potwierdzić swoje słowa.
- To bardzo się cieszę, zamówiłem ci śniadanie. Pewnie jesteś głodna?
Martyna zauważyła, że Patryk jest jakiś dziwny. Unika jej spojrzenia i gdzieś ulotniła się jego pewność siebie.
- Hm? Wszystko okej? – Wyrwał ją z zamyślenia.
- Yyy.. Tak, jestem okropnie głodna. – Odpowiedziała.
Patryk poszedł do łazienki i przyniósł jej szlafrok. Kiedy zrzuciła z siebie kołdrę i stanęła przed nim naga, odwrócił głowę. Podeszła do niego bliżej, złapała za twarz i pocałowała go. Nie czuła już tej namiętności w jego pocałunkach, co w nocy. Jakby sprawiało mu to fizyczny ból. Odsunęła się urażona, ubrała szlafrok i usiadła przy niewielkim stoliku do śniadania. W tym czasie Patryk zniknął w łazience.
Kiedy wyszedł, był już kompletnie ubrany. Martyna miała wrażenie, że robi wszystko, aby na nią nie spojrzeć.
- Możesz mi powiedzieć, co się dzieje? – Zapytała. Patryk w końcu spojrzał na nią, jej znowu przeszły dreszcze. Podszedł powoli, przykucnął przed nią i odpowiedział.
- Nic, wszystko jest w jak najlepszym porządku. – Uśmiechnął się do niej uspokajająco i pocałował ją w czoło nieco za długo. – Zostawiłaś coś dla mnie? – Zapytał.
Nie bardzo ją to przekonało. Spodziewała się czegoś innego. Namiętnego seksu na „dzień dobry”, a później namiętnych pocałunków na „do widzenia”.  Poszła pod prysznic, ale myślami ciągle wracała do dziwnego zachowania Patryka. Ubrała się w wczorajsze ciuchy, stwierdzając, że jej ulubiony komplet czerwonej koronkowej bielizny leży na podłodze w kilku kawałkach.
Patryk odprowadził ją do holu hotelowego.
- Zamówiłem ci taksówkę. – Powiedział wciąż nie patrząc na nią.
- Dziękuję, nie musiałeś. Poradziłabym sobie.
W końcu na nią spojrzał, zbliżył się do niej. Chwycił za twarz i kciukiem gładził po policzku.
- Musiałem, chcę byś bezpiecznie dotarła do domu. – Odpowiedział łagodnym głosem, po czym dodał. – Martyna nigdy o tobie nie zapomnę, jesteś wyjątkowa. Bardzo dziękuję ci za wczorajszy wieczór.
- Ja również ci dzięk… - przerwał jej w połowie zdania pocałunkiem.
- Przepraszam… - pocałował ją w czoło, odwrócił się i odszedł.
Martyna kilkakrotnie odtwarzała zdarzenia tamtego wieczoru i poranka w myślach. Kompletnie nie rozumiała zachowania Patryka. Zresztą swojego też. Dlaczego w ogóle zaprząta sobie nim głowę? Przecież wiedziała, że to będzie tylko przelotny seks, że więcej nie spotka tego mężczyzny. Wczoraj był Patryk, za tydzień będzie inny.
Z zamyślenia wyrwało ją puknie w samochodową szybę. To mama. Ze zdziwieniem stwierdziła, że jest już na miejscu. Ile musiała tak siedzieć pogrążona w myślach?
- Dobrze się czujesz córeczko? – Zapytała zmartwiona mama. – Siedzisz tak od pół godziny i nie wchodzisz do środka, więc wyszłam sprawdzić czy coś się stało?
- Nie, wszystko jest dobrze mamusiu. Po prostu droga mnie troszkę zmęczyła. Chciałam chwilę dychnąć zanim wejdę do środka. – Odpowiedziałam uspokajająco.
- Za dużo pracujesz córcia. – Skwitowała mama.
-Wiem, wiem…
Weszły do środka. Na stole czekał już podany pięknie pachnący obiad. Przywitała się z ojcem i poszła umyć ręce, a następnie razem usiedli do stołu. Po obiedzie, jak co niedzielę, mama zaparzyła kawę i podała pyszne domowe ciasto, w tym czasie Martyna poszła do samochodu po drobiazgi, które przywiozła rodzicom. Przed godziną osiemnastą, mama przebrała się w swoją nową „kościołową” sukienkę i wspólnie udali się na mszę.
Rodzice Martyny byli bardzo wierzący. Ona również kiedyś była, ale życie, jakie poznała, bardzo zmieniło jej poglądy. Mimo to, aby nie robić przykrości rodzicom, co niedzielę uczęszczała we mszy, bo wiedziała, że jest to dla nich ważne.
Po wejściu do kościoła, każde z nich poszło w swoją stronę. Mama do trzeciego rzędu, ojciec na balkon, a Martyna stanęła z boku przy drzwiach. Często tam stawała. Nikomu tam nie przeszkadzała, nie zajmowała nikomu miejsca, mogła swobodnie obserwować ludzi wchodzących do kościoła i siedzących przed nią w ławkach, no a przede wszystkim mogła swobodnie pogrążać się w swoich myślach. Co i tym razem uczyniła.
Jej myśli ciągle krążyły wokół Patryka i ich wspólnej namiętnej nocy. Nie mogła uwierzyć, że dała się tak omotać jakiemuś tam facetowi. Choć z drugiej strony uważała, że Patryk nie był zwykłym mężczyzną. Kompletnie różnił się od tych, z którymi wcześniej miała do czynienia. Był cudowny. Boski…

Wtedy Martyna podniosła na chwilę wzrok ponad głowy wiernych i zauważyła go. Przy mównicy ubrany w mszalne szaty stał i głosił kazanie Patryk. Przez chwilę myślała, że ma omamy.

sobota, 17 czerwca 2017

Chytry dwa razy traci?


Wyobraź sobie, że idąc ulicą, na przykład wyprowadzając swojego czworonoga na spacer, znajdujesz skórzaną, niewielką, męską saszetkę. Omijasz ją, "niechcący" trącając nogą. Stwierdzasz, że jest ciężka, więc cofasz się i ponownie szturchasz ją butem. Rozglądasz się, ale nie widzisz nikogo, więc się schylasz i podnosisz. Podrzucasz dwa razy w dłoni. Jest cięższa niż ci się początkowo wydawało. Czujesz ogromną pokusę, aby zajrzeć do jej środka. Na wszelki wypadek jeszcze raz się rozglądasz czy ktoś właśnie nie biegnie z bladą twarzą, krzycząc, że to jego zguba. Otwierasz ją i z wrażenia wybałuszasz oczy, bo w środku znajduje się, tak na oko licząc 100 tysięcy złotych w stu złotówkach.
Odruchowo, znowu się rozglądasz. Nadal jesteś sam. Ty i skórzana saszetka pełna kasy.
Przeszukujesz jej pozostałe kieszenie, ale nie znajdujesz żadnych dokumentów naprowadzających cię, kto jest właścicielem tej zguby. Serce zaczyna bić ci szybciej, bo to oznacza, że właśnie stałeś się posiadaczem ogromnej gotówki. Co robisz?
Znów się rozglądasz, tym razem bardziej dokładnie i zastanawiasz się czy nikt nie zauważył, że coś podnosisz z ziemi. Chowasz saszetkę pod kurtkę i starasz się zachowywać naturalnie, po czym oddalasz się z miejsca, czując na brzuchu ciepło, które zdaje się wydobywać z saszetki. Wracasz do domu, zapominając, w jakim calu z niego wyszedłeś. Wchodzisz do środka, zamykasz drzwi na wszystkie możliwe zamki, zamykasz i zasłaniasz okna. Upewniasz się jeszcze raz czy drzwi są porządnie zamknięte. Kładziesz saszetkę na stole w salonie, a sam siadasz na drugim końcu pomieszczenia, wpatrując się w nią jakby miała nagle ożyć.  Mija godzina, dwie, trzy... nie ruszasz się z miejsca i nadal czekasz. Na co? Może przemówi? A może czekasz, bo za chwilę okaże się, że jednak ktoś cię widział i właściciel zguby zapuka do twoich drzwi?
Nadal nic.
W końcu zaczynasz się zastanawiać, co z tym fantem zrobić. Zatrzymać pieniądze i nie mówić nic nikomu? Zacząć nowe, lepsze życie, czy odnieść pieniądze na policję, aby oni ustalili, kto jest ich właścicielem.
Co wybierzesz?

Przedstawiłam tę historyjkę mamie, siostrze i dwójce moich przyjaciół. Z tej krótkiej sondy wyszło 3:1 dla zatrzymania pieniędzy. Tylko moja siostra powiedziała, że odniosłaby pieniądze na policję.
Źródło: Internet


Historyjka powstała w mojej głowie. Poszłam na spacer i biadoliłam nad swoim życiem. A bo to praca niesatysfakcjonująca, ciągle brakuje mi pieniędzy, wszystkiego muszę sobie odmawiać, a to wygląd nie taki, a żeby coś zmienić to znowu trzeba mieć pieniądze i tak w kółko. Aż w końcu pomyślałam, że fajnie by było znaleźć takie "niczyje" pieniądze. Może nie od razu 100 tysięcy złotych. Moja wyobraźnia podsunęła mi listę rzeczy, które mogłabym sobie za te pieniądze kupić.
Mieszkanie, samochód, nowy komputer... coś, co pomogłoby mi na starcie, bo na resztę sobie zapracuję.
Jednak po dłuższym zastanowieniu stwierdziłam, że chyba jestem zbyt dużym tchórzem i koniec końców, gdybym znalazła taką saszetkę, odniosłabym ją na policję. Znając moje "głupie" szczęście, a może bardziej mojego pecha, ktoś prędzej czy później zgłosiłby się po te pieniądze. I podejrzewam, że nie byłby to jakiś miły starszy pan, ale jakiś mafiozo, który kazałby mi oddać pieniądze w ciągu tygodnia, w przeciwnym razie zabije mnie i moją rodzinę. A gdyby jakimś cudem udało mi się zgromadzić kwotę z saszetki, to i tak pewnie kazałby mi spłacać "odsetki".

Dlaczego piszę o tej historyjce? Przecież nie jedna przetoczyła się przez moją głowę i była być może bardziej interesująca. Otóż, ta historyjka uświadomiła mi jedną bardzo ważną rzecz.
W moim życiu nie nadejdą żadne zmiany, dopóki nie przestanę bać się ryzykować, nie przestanę bać się zmian...
A ja cholernie boję się postawić wszystko na jedną kartę.

środa, 7 czerwca 2017

Ja i książki!


"Czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła"
Wisława Szymborska

Książki, któż nie kocha ich zapach? Szelest przewracanych kartek? Ich ciężar w dłoni? Chyba mało, kto oddałby taką realną książkę na ebooka.
Moja przygoda z książką zaczęła się, kiedy to moja starsza siostra czytała mi na głos swoje lektury szkolne. W szczególności upodobałam sobie "Pana Tadeusza", którego inwokację potrafiłam wyrecytować na pamięć. Nie mogłam doczekać się momentu, kiedy sama nauczę się czytać. Strasznie chciałam pójść do biblioteki, poznać to miejsce i wynajdować wśród półek książki, które pochłoną mnie swoimi opowieściami.
Książką, którą pierwszą przeczytałam była "Lokomotywa" Juliana Tuwima. Do dziś recytuję z pamięci tekst tego wierszyka. Będąc w szkole podstawowej często zaglądałam do biblioteki. Nasza biblioteka szkolna nie była zbyt duża, ale była przytulna i po sam sufit wypełniona półkami uginającymi się od książek. Kiedy wracam pamięcią do tego niewielkiego pomieszczenia przypomina mi się zapach unoszący się w jej wnętrzu. Zapach książek. Uwielbiałam tam przebywać.
Będąc starsza coraz rzadziej sięgałam po książki. Nie tylko omijałam lektury, ale również nie czytałam żadnej młodzieżowej literatury. Jednak będąc nastolatką chciałam odkurzyć tę miłość i pewnego dnia, wybrałam się do biblioteki miejskiej, gdzie pierwszą książkę, jaką tam wypożyczyłam był "Pamiętnik Narkomanki" Barbary Rosiek. Kompletnie nie mam pojęcia, kto mi tę książkę polecił i dlaczego, ale pamiętam, że byłam pochłonięta nią. Spodobała mi się tak bardzo, że sięgałam po nią kilkakrotnie w swoim życiu, a nawet umieściłam ją w wśród lektur do prezentacji maturalnej z języka polskiego.
W trakcie okresu dojrzewania, kompletnie nie myślałam o czytaniu książek. Miałam inne "ważniejsze" sprawy na głowie. Jednakże po ukończeniu szkoły średniej przez okres jesienno - zimowy wybrałam się do mojej kuzynki, która ma okazałą kolekcję książek i swoją ponowną przygodę z czytaniem zaczęłam od serii o młodym czarodzieju Harrym Potterze. Jako gimnazjalistka próbowałam wejść w ten magiczny świat, ale niestety poległam po pierwszym tomie. Za drugim razem było jednak inaczej. Ten świat wciągnął mnie tak bardzo, że całą serię przeczytałam dwa razy w dwa tygodnie. Dzień i noc, z krótkimi przerwami na odpoczynek, jedzenie i ludzkie potrzeby, które potrafiłam w sobie zagłuszyć, czytałam z zapartym tchem. Autorka ujęła mnie opisami tego magicznego świata, urzekła mnie jej nieskończona wyobraźnia.
Dopiero dzięki książkom o Harrym Potterze, uświadomiłam sobie jak niesamowite jest czytanie i jaką ma moc. Pokochałam książki jak nigdy wcześniej. Chłonęłam historie w nich zawarte jak gąbka. Oddałam się czytaniu w pełni. Zarywałam noce, zaniedbałam przyjaciół. Zamykałam się w swoim pokoju i czytałam, czytałam, czytałam.
Przez ten krótki okres przeczytałam więcej książek niż w całym swoim życiu.

Obecnie czytam nieco mniej, zwykle przez brak czasu, brak możliwości skupienia się, brak sił. Jednak, kiedy jakaś książka mnie wciągnie, nadal zachowuję się jak maniaczka i czytam póki nie poznam zakończenia, tylko teraz zachowuję się nieco rozważniej. Zażywam czytania z umiarem, ponieważ jestem troszkę mądrzejsza i mam świadomość, że mam ważniejsze rzeczy w ciągu dnia do zrobienia. Dlatego staram się znaleźć złoty środek pomiędzy obowiązkami i przyjemnościami. 

czwartek, 1 czerwca 2017

Niespodziewane spotkanie!

Za oknem już ciemno. Słychać odbijający się deszcz o parapet i szum wiatru. Próbuję skupić się na tych dźwiękach, aby odgonić od siebie myśli związane z naszą kolejną kłótnią. Mam dość! Kłótni, wiecznych pretensji i ciągle niewyjaśnionych spraw. Chciałabym powiedzieć mu, żeby spieprzał i jak bardzo go czasami nienawidzę! Powstrzymuję się jednak, bo wiem, że to także źle zrozumie. Nie mam siły ciągle z nim walczyć, tłumaczyć mu, a później czuć się winną, bo to właśnie ja miałam odwagę powiedzieć głośno, co myślę.
Zagłuszam w sobie wszystkie emocje, bo gdybym wybuchła doszłoby do katastrofy. Jednak dzisiaj są zbyt silne i nie mogę sobie z nimi poradzić. Czuję, że rozsadzą ściany, jeśli coś z nimi nie zrobię.
Ubieram się i wychodzę na ścianę deszczu.  Nie zakładam kaptura, chcę by deszcz ukoił moje zszargane nerwy. Pomaga, choć nie do końca. Ruszam z miejsca. Idę przed siebie, mijam ludzi, mijam budynki. Zwykle obserwuję te ulice z ukrycia, dziś przemierzam je jawnie. Nie obchodzi mnie, że zwracam na siebie kogoś uwagę. Mijam ostatni latarnie i skręcam w prawo. Idę w ciemność, trochę po omacku, ale nogi doskonale wiedzą gdzie stawiać kroki. Docieram na miejsce i uświadamiam sobie, gdzie jestem. Na głos wypowiadam pytanie "po kiego licha mnie tu przygnało?". Przede mną stoi stara altana. To tu poznałam Piotrka. To tu spędziłam z nim wiele magicznych chwil. 
Wyciągam telefon z kieszeni i włączam latarkę.  Oświetlam słabym światłem altanę. Z zewnątrz nic się nie zmieniło. Podchodzę bliżej i lekkim pchnięciem otwieram skrzypiące drzwi. Uśmiecham się na ten dźwięk. To także zostało bez zmian. Automatycznie podchodzę do miejsca gdzie kiedyś była stara nocna lampka. Ku mojemu zaskoczeniu, nadal tam jest i działa. Oświetla wnętrze altany. Rozglądam się wokół i zastanawiam się czy przez te wszystkie lata nikt jej nie odkrył, a może nie miał odwagi tu wejść? Ze zdziwieniem stwierdzam, że i we wnętrzu czas się zatrzymał.
Źródło: Internet! 
Siadam na starej kanapie, wciąż przykrytą kocem mojej babci. Po ciele przechodzi mnie zimny dreszcz. Biorę przykurzony koc i nakrywam się nim. Czuć na nim wilgoć, kurz, ale coś jeszcze... Słaby zapach jego perfum, który przywołuje wspomnienia. Zamykam oczy, aby odtworzyć wspomnienia w głowie jeszcze dokładniej, a kiedy je otwieram, zauważam, że nie jestem sama. W kącie altany na starym fotelu ktoś siedzi. Próbuję złapać ostrość i dostrzec postać siedzącą w cieniu. Nie! To niemożliwe! Z fotela przygląda mi się Piotr. Jego widok przywraca wspomnienia naszego ostatniego spotkania w tym miejscu. Tak jak teraz siedział w tym fotelu z twarzą schowaną w dłoniach, milczący, zły.
Bez słowa wstaję i chcę wyjść. Zrywa się na równe nogi i podbiega do mnie, chwyta mnie za rękę. Patrzę na niego wzrokiem pełnym gniewu i spojrzeniem daję mu do zrozumienia, że mam mnie w tej chwili puścić. Otwieram drzwi, a za plecami słyszę jego głos.
- Nie wychodź, proszę.
Zatrzymuję się w progu i zerkam na niego przez ramię. Cofnął się z uniesionymi rękami w stronę fotela. Chwilę się waham, ale odwracam się w jego stronę zamykając za sobą drzwi.
- Co ty tu robisz? - pytam może zbyt ostro. - Śledziłeś mnie?
- Czekałem tu na Ciebie... - odpowiada i nastaje niezręczna cisza.
- Co ty wygadujesz? Siedziałeś tu dziewięć lat i czekałeś, aż się zjawię? - pytam. - Oszalałeś!
Zaśmiał się lekko i odpowiedział.
-Nie Wariatko... ale przychodziłem tu codziennie z nadzieją, że pewnego dnia się tu zjawisz. I oto jesteś!
Patrzyliśmy na siebie przez dłuższą chwilę w milczeniu. Jego niebieskie oczy nic się nie zmieniły, choć na twarzy widać upływ czasu. Zauważył, że świdruję go wzrokiem. Coś w jego oczach sprawiło, że zaczęłam płakać. Dopadły mnie emocje, przed którymi próbowałam schronić się w tej starej altanie. Czułam się, jakbym rozsypała się na kawałeczki. Schowałam twarz w dłoniach, głośno szlochając na środku niewielkiego pomieszczenia. Piotr stał przede mną jak wryty. Chyba nie wiedział jak ma się zachować. Po chwili wahania niepewnie zbliżył się do mnie i zamknął w silnym uścisku swoich ramion. Nie protestowałam, w tym momencie cholernie tego potrzebowałam. Wtulona w jego klatkę piersiową, otulona jego zapachem, rozluźniłam napięte mięśnie. Poczułam się jakby jego ramiona były moim azylem, miejscem, którego od bardzo dawna nie mogłam znaleźć. Sama nie wiem, czemu, znowu zaczęłam płakać.
- Ciiii.... nie płacz. Jestem przy tobie. Teraz już wszystko będzie dobrze.
Uniosłam głowę do góry, aby spojrzeć mu ponownie w oczy. Może chciałam zobaczyć w nich potwierdzenie jego słów. Wtedy musnął mnie ustami w czoło. Dotyk jego ust na mojej skórze przyprawił mnie o dreszcz. Chyba również je poczuł, bo uśmiechnął się łobuzersko.
Oswobodziłam się z jego objęć i usiadłam na kanapie. Przysiadł obok, nie odrywając ode mnie wzroku.
- Czemu mi się tak przyglądasz?  - zapytałam nieco speszona.
- Zastanawiam się, o czym myślisz. - nasze oczy znowu się spotkały. Coś ukuło mnie w okolicy mostka.
- O Tobie... - znowu uraczył mnie łobuzerskim uśmiechem. Nagle przypomniało mi się, że to właśnie tym uśmiechem mnie oczarował, kiedy byliśmy jeszcze nastolatkami.
- O mnie? A o czym dokładnie? Jeśli mógłbym wiedzieć?
Biłam się myślami, czy powiedzieć mu prawdę.
- O tym, że bardzo dobrze cię widzieć. - odpowiedziałam na jego pytanie, nie do końca mówiąc prawdę.
Przysunął się do mnie bliżej. Odruchowo wstałam, on znowu stanął przede mną.
- No powiedz to.
- Co mam powiedzieć? - zapytałam, udając, że nie wiem, o co mu chodzi.
Przybliżył się tak, blisko, że dotykaliśmy się czubkami nosów.
- Kłamczucha. - nachylił się jakby chciał mnie pocałować. - Powiedz to.
Musnął ustami moje usta. Przygryzłam wargę żeby powstrzymać chęć pocałowania go. Oparł czołem o moje czoło.
- Dobrze, to ja powiem. - odparł i otulił mnie jego ciepły oddech. - Tęskniłem za tobą! Za twoimi zielonymi oczami, smakiem twoich ust, za twoim zapachem, dotykiem, za twoim śmiechem. Tęskniłem za naszymi rozmowami do białego rana. Każdą komórką ciała chciałem mieć cię z powrotem dla siebie.
Mimowolnie uśmiechnęłam się. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że mam zamknięte oczy. Kiedy je otworzyłam napotkałam jego spojrzenie.
- Teraz twoja kolej. - szepnął.
- Mam chłopaka. Muszę już iść.
Jego mina zdradzała ogromny zawód i zaskoczenie.
- Przepraszam... -  dodałam, próbując się wydostać z jego uścisku. Stanęłam w progu altany i spojrzałam na niego przez ramię.  Stał z głową spuszczoną w dół, smutny.
Podeszłam do niego. Podniósł głowę, wtedy chwyciłam go za twarz i pocałowałam. Nie spodziewał się tego, ale odwzajemnił mój pocałunek.
- Teraz cię nie wypuszczę. - powiedział, zamykając mnie w niedźwiedzim uścisku, całując mnie znowu w usta.
- Wrócę, ale teraz musisz mnie puścić. - niechętnie wypuścił mnie z objęć.
Wyszłam.


Wiedziałam, że on będzie na mnie nadal tu czekał, czułam to w jego silnych ramionach, w jego pocałunkach. Ja jednak nie zamierzałam wrócić...