Tablica ogłoszeń!

Informuję, że recenzje, które pojawiają się na blogu są tekstem mojego autorstwa i zostały przeniesione z bloga "Just one more page...", którego również jestem autorką, a którego działalność zamierzam zamknąć.
Pozdrawiam serdecznie,
Ewelina!

niedziela, 21 maja 2017

Ja i moje pasje...

Każdy z nas ma coś, co go kręci, coś, co bardzo lubi, coś, co sprawia mu radość. Dla jednych są to książki, dla innych sport, fotografia, gotowanie, taniec czy bazgranie ołówkiem po kartce. 
Dla mnie tym, co sprawia mi największą radość są: góry, bieganie i fotografia. I dzisiaj o każdej z tych moich małych pasji chciałabym opowiedzieć, bo z każdą z nich wiąże się jakaś historia, która jest dla mnie ogromnie ważna. 

FOTOGRAFIA

Fotografia pojawiła się, jako pierwsza i dość wcześnie. Pierwsze zdjęcia robiłam aparatem z telefonu, kiedy takowy wszedł już w moje posiadanie, a następnie aparatem cyfrowym pożyczonym od mojej siostry. Razem z moją przyjaciółką, która podzielała moje szalone pomysły, wyruszałyśmy w plener z plecakiem pełnym gadżetów przydatnych do urozmaicenia naszych "sesji" zdjęciowych. W tamtym okresie głównie zajmowałyśmy się fotografowaniem siebie nawzajem. Pojawiały się pierwsze selfiki, także te w lustrze. Jednak moja miłość do fotografii narodziła się dopiero wtedy, gdy trafiłam na stronę flog.pl. Tam zobaczyłam zupełnie inną fotografię niż tą, którą znałam do tej pory. Zafascynowało mnie to tak bardzo, że sama zechciałam być autorem tak cudownych zdjęć. Tym razem sprzęt, jaki miałam pod ręką nie był po prostu sprzętem do robienia zdjęć, ale pozwalał mi spojrzeć na świat nieco inaczej. Zaczęłam dostrzegać więcej szczegółów, kolorów i momentów, które chciałam uchwycić, które chciałam zatrzymać na dłużej. Każde nowe udane zdjęcie sprawiało mi ogromną radość i motywowało mnie do pogłębiania swojej pasji. W końcu kupiłam swoją pierwszą lustrzankę. Kochałam ten aparat! Miałam wrażenie, że on mnie rozumie, jakby wyczuwał moje intencje. Moje zdjęcia, choć nie profesjonalne, dla mnie były naprawdę idealne. Były moją dumą. Z czasem odkryłam, że dobrze się czuję w trybie makro oraz zauważyłam, że całkiem nieźle wychodzą mi portrety, więc głównie tym się zajmowałam. Moje zdjęcia kilkakrotnie oddawałam opinii profesjonalistów, którzy mieli kilka zastrzeżeń, ale zwykle komentarze były pozytywne i uważali, że drzemie we mnie potencjał. To naprawdę mnie motywowało. 
Mam w swojej kolekcji kilka perełek, które są moją ogromną dumą! 

Przez ostatnich parę lat głównie fotografowałam moją ukochaną siostrzenicę, z którą spędzałam mnóstwo czasu od jej narodzin, starając się uchwycić każdy najważniejszy moment w jej życiu.
Niestety od zeszłego roku musiałam pożegnać się z moją lustrzanką, w której padła lampa błyskowa. Serce mi się krajało jak oddawałam ją w obce ręce. 
Jednak fotografia jest nadal w moim życiu obecna. Co prawda, zdjęcia nie są jakościowo wybitne, bo robione są aparatem mojego smartfonu, ale robienie ich bezustannie sprawia mi wiele radości!

BIEGANIE

Moja przygoda z bieganiem zaczęła się w 2014 roku. Okropnie przytyłam i strasznie źle się czułam w swoim ciele. Każdy gorszy dzień zajadałam, przez co jeszcze bardziej się na siebie wkurzałam i jeszcze bardziej się nienawidziłam. Podejmowałam nieudane próby z ćwiczeniami Mel B czy Ewy Chodakowskiej, ale kompletnie mi to nie odpowiadało. Byłam po nich strasznie zmęczona, plus mega zakwasy i bóle kręgosłupa, a do tego godzinę nie mogłam podnieść się z podłogi, więc stwierdziłam, że to nie dla mnie. Szukałam innego rozwiązania. 
Tamtej wiosny dużo spacerowałam z moją przyjaciółką. Każdą wolną chwilę, spędzałyśmy na długich spacerach. Bardzo dużo mi to pomogło, bo zaczęłam się czuć dobrze nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Wchodzenie po schodach nie kończyło się już tak dużą zadyszką. Zauważyłam, że w dni, kiedy nie mogłyśmy wyjść razem na spacer, strasznie mnie nosiło. Bardzo brakowało mi tej nie wielkiej aktywności. Niestety samotne spacery były, są i będą dla mnie niesamowicie nudne, więc szukałam aktywności, którą mogłabym uprawiać w samotności. Wtedy natrafiłam na jakiś artykuł o bieganiu. Zaczęłam szukać więcej informacji na ten temat.  Znalazłam zdjęcia ludzi, którzy naprawdę zrzucili magiczne liczby kilogramów dzięki bieganiu, a nawet zauważyłam, że znajoma z bloga także pochwaliła się zmianą sylwetki dzięki truchtaniu gdzieś tam po ulicach swojego miasta. Strasznie mi się to spodobało, że przy tak niewielkim wysiłku można zdziałać tak duże efekty. 
Na pierwsze bieganie wybrałam się właśnie z moją przyjaciółką. Ubrałyśmy tramposzki i wybrałyśmy się na zdobycie pierwszych kilometrów. Dystans, jaki obrałyśmy sobie na początek, wydawał się być dla mnie jakimiś kosmicznymi odległościami. Byłam pewna, że po drodze zatrzymam się przynajmniej z dziesięć razy, ale jakże się zdziwiłam, kiedy bez problemu dobiegłam do wytyczonego celu i miałam siłę na więcej. Przebiegłam swoje pierwsze 2 km w życiu, a euforia, jaka w moich żyłach buzowała jest nie do opisania. To była miłość od pierwszego przebiegnięcia. I tak biegałam prawie codziennie. Porzuciłam życie internetowe dla swojej nowej pasji, która mnie wypełniała od czubka głowy po czubki palców u stóp. Nie mogłam się doczekać kolejnego wyjścia na bieganie. Nie ważne były dla mnie wybiegane kilometry, ani długość biegu, ani kalorie, ani tempo, biegałam dla samej chęci biegania. Cieszyłam się, że znalazłam w końcu coś, co było tylko moje, co cholernie mnie uszczęśliwiało. A do tego udało mi się zgubić 9 zbędnych kilogramów. W końcu czułam się dobrze we własnej skórze, odzyskałam pewność siebie, odzyskałam sprawność i siłę. Czułam się jak nowo narodzona, chciało mi się znowu żyć. 
Kiedy poznałam mojego chłopaka i okazało się, że on również biega moje podejście do biegania zmieniło się totalnie. Zdziwiłam się, gdy patrząc na mój trening zarejestrowany w aplikacji endomondo zaczął zwracać uwagę na takie rzeczy, które mnie nigdy wcześniej nie przyszły do głowy, a co najśmieszniejsze nawet nie wiedziałam, w których rubrykach mojego treningu jest to napisane. Od tego momentu zaczęłam biegać dla lepszych wyników. Może chciałam zaimponować mojemu chłopakowi, który biegał dużo dłużej niż ja i osiągał lepsze wyniki, biegał dłuższe dystanse, a może chciałam mu dorównać, bo poczułam nutkę rywalizacji. Wiem jedno na pewno, od tamtej chwili bieganie straciło dla mnie sens. Totalnie przestało sprawiać mi radość. Biegałam za szybko, za długo, dzięki czemu nabawiłam się bólu w piszczelach, co wiązało się z tym, że na długi czas musiałam zrezygnować z biegania. Niestety ciężko było wrócić mimo szczerych chęci, ponieważ znowu przytyłam trochę przez zajadanie stresów, trochę przez tabletki antykoncepcyjne. Obecnie biegam sporadycznie. Kiedy mam lepszy dzień, nic mnie nie boli i czuję się na siłach. Chciałabym wrócić do regularnego biegania, ale czy zdołam powstrzymać chęć zaimponowania biegaczowi zaczynającemu startować w zawodach? 

GÓRY

Góry pokochałam w tym samym roku, co bieganie. Rok 2014, był dla mnie rokiem dużych zmian. Przez wcześniejsze lata działo się u mnie tak wiele. Ciągle czułam się upokarzana, przytłoczona i nieszczęśliwa. Ten rok był kumulacją tego wszystkiego, wtedy pewnego marcowego popołudnia coś we mnie pękło i postanowiłam, że stawiam przede wszystkim na siebie. Zaczęłam głośno mówić, co myślę, starałam się mówić "NIE", kiedy myślałam nie, zaczęłam spełniać swoje zachcianki, otworzyłam się na nowe znajomości, podjęłam nowe wyzwanie, zaczęłam biegać, no a przede wszystkim pierwszy raz w życiu wyruszyłam w samodzielną podróż dalej niż 15 kilometrów od domu. 
Pewien chłopak, którego poznałam przez internet, a z którym wymieniałam wiadomości mailowe, zaproponował mi, abym odwiedziła go na Podkarpaciu. Mało myśląc, zgodziłam się, poinformowałam mamę, że wyjeżdżam, spakowałam się i ruszyłam ponad 500 kilometrów w nieznane. Co robię, dotarło do mnie dopiero wtedy, gdy dojeżdżałam do Sanoka. No, ale przyznam szczerze, warto było! Pomijając fakt, że z tym chłopkiem z internetu zostaliśmy parą, to spędziłam cudowne chwile w najcudowniejszym miejscu na świecie. Sanok i Bieszczady skradły moje serce! 
Moim pierwszym zdobytym szczytem była bieszczadzka Chatka Puchatka (1232 m. n.p.m.). Szczyt nie wysoki, mogłoby się zdawać, że nie wymagający, ale długo będę wspominać tą mękę podczas wspinania się. Miałam wrażenie, jakby ktoś odciął mi dopływ tlenu, moje płuca nie przyjmowały górskiego powietrza. 
Po kilkunastu przerwach w podejściu udało mi się dotrzeć na szczyt. Ulga, jaką poczułam na górze była nie do opisania, a widok, jaki ukazał się moim oczom był niesamowity. Wiatr, który owiewał moją czerwoną od wysiłku twarz dodawał mi orzeźwienia. Choć wokół nas było mnóstwo ludzi, we mnie nastała błoga cisza. To wejście w góry było dla mnie szczególnie ważne. Tam na górze smagana górskim wiatrem czułam, że gdzieś na dole zostawiłam za sobą jakiś ciężki plecak doświadczeń, a wspięcie na szczyt przypieczętowało zakończenie pewnego rozdziału w moim życiu i rozpoczęło nowy. Góry to wolność, której od bardzo dawna mi brakowało. 
Tego samego roku razem z moją kuzynką wybrałyśmy się w Tatry. Ta wyprawa tylko umocniła moją miłość do gór. Wschód słońca w górach jest wstanie zrekompensować nawet największy wysiłek. 
Oprócz wyprawy na Chatkę Puchatka, Morskie Oko, Czarny Staw pod Rysami i przełęcz pod Kopą Kondracką, wspięłam się na Krzemień, Ślężę, Orle Skałki oraz Tarnicę. 
W planach mam zdobyć szczyt Śnieżki, Rysy a przede wszystkim Giewont! 

A jakie są Wasze pasje?   





środa, 3 maja 2017

Podsumowanie kwietniowe!

Co prawda dzisiaj już trzeci maja, więc podsumowanie kwietniowe, powinno pojawić się kilka dni temu. Postanowiłam się jednak z tym nie spieszyć, bo to, że nastał nowy miesiąc nie oznacza, że na już muszę pisać takie podsumowanie. Musiałam wszystko dobrze przemyśleć, ułożyć w głowie, żeby nie napisać bzdur.  W końcu kwiecień, to jakby nie patrzeć to jeszcze świeży temat, więc emocje, jakie mi towarzyszyły przez ten miesiąc ciągle jeszcze krążą po moim krwiobiegu.

2016
Zacznę od 2016 roku.  Dlaczego? A mianowicie, dlatego, że był to dla mnie bardzo trudny rok. Robiąc jeden krok w przód, za chwilę cofałam się o dziesięć do tyłu. 
Wszystko zaczęło się już 1 stycznia, kiedy to razem z moim chłopakiem wracaliśmy z naszego wypadu Sylwestrowego. Zanim wyszliśmy z wynajmowanego pokoju, powiedziałam mu, że strasznie się cieszę, że nie piliśmy zeszłej nocy, bo przynajmniej będzie miał trzeźwą głowę, a jak nawet zatrzyma nas policja to nie będzie musiał się stresować. Na drodze nie było za wiele samochodów, więc jechało się całkiem przyjemnie. Puściliśmy sobie muzykę, ja na chwilę spuściłam głowę, żeby zerknąć w telefon. Za chwilę usłyszałam huk i siarczyste "kurwa" mojego partnera. Sarenka wyskoczyła nam przed maskę. Nawaliła chłodnica. Na dworze -10 stopni i do domu jakieś 150 kilometrów. Co robić? Jakoś doczołgaliśmy się, zmarznięci do szpiku kości.
Kurczę, a dzień wcześniej miałam jakieś dziwne przeczucie, że coś się stanie. Kiedy dojechaliśmy bezpiecznie na miejsce stwierdziłam, że nie będę tym niepokoić mojego chłopaka, bo nie ma takiej potrzeby.
I tak zaczął się mój pechowy rok.
Zaczęło się od wypadku mojej siostry i szwagra, skutkiem, czego było zagrożenie ciąży.
Co weekend moją mamę brało jakieś nowe choróbsko i prawie, co drugi weekend lądowała na pogotowiu. W pewnym momencie jak się zbliżała sobota, ja już dostawałam skrętów żołądka i siedziałam jak na szpilkach, bo bałam się, co tym razem się stanie. W pracy też zaczęło być kiepsko. Szefowa coraz częściej wspominała, że może nie być dla mnie pracy jak tak dalej będzie szedł handel. Żeby jakoś się wyładować stres zaczęłam ćwiczyć. Początkowo były to nie winne ćwiczenia, ale z czasem zrobiło się na poważnie i do moich treningów dopasowałam nawet mój sposób żywienia. Pojawiły się jakieś drobne problemy zdrowotne. Kręgosłup, kolana i inne. Do tego moje ćwiczenia nie przynosiły efektów, co zaczęło mnie demotywować, aż w listopadzie zrezygnowałam całkowicie z treningów. To wszystko odbijało się rykoszetem na moim związku. Bywało naprawdę ciężko. No i jakby tego było mało na koniec roku dopadło mnie okrutne grypsko, które przykuło mnie do łóżka na kilka ładnych dni.
Tym razem ja i mój chłopak stwierdziliśmy, że Sylwester to raczej spędzimy w domu, co by znowu nie kusić naszego pecha (w 2015 roku, dzień przed Sylwestrem mieliśmy małą przygodę w Bieszczadach z panami GOPR-owcami). Rok 2016, pożegnałam z ogromną ulgą w sercu.