Obserwatorzy

sobota, 22 kwietnia 2017

Są wchody i zachody słońca, których się nigdy nie zapomina…

Jeśli kogoś zapytamy, z czym kojarzy mu się 1 kwietnia jestem pewna, że od razu odpowie – PRIAMA APRILIS! Niestety dla mnie już nie. Chyba do końca życia będę kojarzyła go z najgorszym "żartem" Prima Aprilisowym.

Ku pamięci Michała!
Był to ciepły, choć dość wietrzny dzień.  Rano, gdy wychodziłam do pracy nie zapowiadało się, że pogoda tak się zmieni. Wyszłam właśnie na spacer z moim chłopakiem, kiedy minęła nas pędząca karetka. Zawróciliśmy. Stwierdziłam, że szykuję się na wsi jakaś sensacja, a że ta często lubi mnie omijać, poszliśmy w stronę, gdzie pojechała karetka.
Jak to na wsi bywa, wszyscy powychodzili z domów zaciekawieni. Po drodze dowiedziałam się, kogo konkretnie panowie ratownicy szukali. Mój informator na odchodne rzucił głupim żartem, więc machnęłam na starszego pana ręką i poszłam dalej. Byłam prawie pewna, że jeśli pytali o to nazwisko, to zapewne pomocy potrzebuje pan Janek, który ostatnio był dość mocno schorowany. Zwolniłam kroku, bo to żadna sensacja. Ale kiedy mijałam znajomą wychodzącą z podwórka pana Janka, zagadnęłam ją, „co tam się stało?”, z lekkim uśmiechem na ustach.

MICHAŁ NIE ŻYJE!

Zaniemówiłam… czułam jak nogi się pode mną ugięły, dreszcze przeszły mnie po całym ciele i łzy napłynęły mi do oczu. „Jak to nie żyje?” - Zapytałam. Wtedy powiedziała mi, co się stało. Nie mogłam w to uwierzyć, a może nie chciałam? Przecież Misiek nie mógł tego zrobić. Każdy, ale nie on!
Zdusiłam w sobie łzy, bo wiedziałam, że jak się rozbeczę, mój chłopak zaraz będzie chciał zabrać mnie do domu. Przechodząc koło podwórka skąd wyszła moja znajoma, zobaczyłam szlochającego pana Janka. Poczułam nieprzyjemne ukłucie w sercu, chyba dopiero wtedy dotarło do mnie, co tak naprawdę się stało. Nogi zaprowadziły mnie do grupki ludzi, która stała nieopodal, aby zapytać czy to rzeczywiście prawda. Opowiedzieli mi, jak pan Janek znalazł Michała i wyleciał na ulicę krzycząc „pomocy”.

Mój dobry humor ulotnił się, ślad po nim zaginął. Wróciliśmy do domu, zostałam obsypana gradobiciem pytań. Musiałam wyjść na zewnątrz, bo moje myśli pędziły w mojej głowie jak na autostradzie. Ciągle czułam jakby brakowało mi tlenu, jakbym była zamknięta w szczelnym małym pomieszczeniu. Musiałam ruszyć się z miejsca i dać wiatru przewietrzyć głowę, bo rozsypałabym się na kawałki.

Smutek, żal, przerażenie, niedowierzanie, szok… te emocje ustąpiły miejsca ogromnie wielkiej wściekłości. Z moich ust, co jakiś czas wychodziły niekontrolowane słowa: „coś Ty najlepszego zrobił?” na zmianę „mam ochotę skopać mu dupsko!”.

Mój chłopak stwierdził, że po mojej reakcji wiedział, że Michał to nie był dla mnie jakiś tam tylko znajomy ze wsi. Na pewno nie przejęłabym się aż tak, gdyby to nie był dla mnie ktoś ważny.

Michała znam od lat dzieciństwa. Nie pojawiał się w okolicach mojego podwórka za często, ale kiedy już był wiadomo było, że to ten chłopiec. Niski blondyn o pięknych niebieskich oczach. I chyba tylko tyle pamiętam z tego okresu. Nie pamiętam czy się z nim bawiłam bezpośrednio, ale kojarzę, że jak się pojawiał to strasznie się go wstydziłam. Mimo, że był ode mnie młodszy.

Przez podstawówkę też specjalnie nie utrzymywałam z nim kontaktów, nawet mogę stwierdzić, że trochę go nie lubiłam, bo wydawało mi się, że skoro zadaje się z bandą łobuzów to i on jest w tej bandzie. Może myślałam tak o nim, dlatego, że kilkakrotnie widziałam jak bił się z kolegami? Przynajmniej po jego śmierci dowiedziałam się, dlaczego to robił.
Chyba dopiero w gimnazjum zdarzyło nam się kilka razy zamienić parę słów. Czasami czekając na autobus doszedł do naszego babskiego grona i rozśmieszał nas troszkę. Chyba już wtedy powoli rozkręcało się nasze koleżeństwo, bo pamiętam, że czasami przytulaliśmy się na powitanie. Kiedy wsiadałam do autobusu zawsze czekało na mnie i na moją przyjaciółkę miejsce po obu jego stronach. W poniedziałki zawsze opowiadał nam, co robił w weekend, zwierzał się z relacji z różnymi dziewczynami, opowiadał nam, która mu się obecnie podoba i dlaczego, mówił nam rzeczy, o których być może nie powinnyśmy wiedzieć. Ale i on nie był nam dłużny, potrafił słuchać i doradzić. Zawsze był bezpośredni i szczery. Pamiętam dzień, kiedy stwierdził, że już nigdy nie tknie alkoholu. Wiedział, że jak się napije traci nad sobą kontrolę i robi głupoty. Pochwaliłam jego pomysł, cieszyłam się, że sam do tego doszedł. Nie dam sobie ręki uciąć, bo po ukończeniu szkoły nasz kontakt znacznie się ograniczył, ale prawdopodobnie od tamtej pory nie tknął alkoholu.

To nie był Michał, dla wszystkich to był Misiu. Wesoły, zawsze uśmiechnięty, pozytywny, romantyk, kochany przytulas, lubiący o siebie dbać. Facet ze złota!
Zawsze, gdy mnie mijał jadąc samochodem z uśmiechem na twarzy machał czy trąbnął klaksonem.
Nie chce mi się wierzyć, że już go nie ma…

Ciągle w głowie przetwarzam te same pytania. Chciałabym wiedzieć, co go do tego skłoniło. Chciałabym wiedzieć, czy rzeczywiście nie miał wyboru, czy jeszcze można było mu jakoś pomóc. Chciałabym wiedzieć czy to był impuls, a może napiętrzające się problemy. Tego najprawdopodobniej już się nie dowiem. Zabrał tę tajemnicę ze sobą do nieba, bo wierzę, że właśnie tam trafił. Zasłużył na to!

Będzie nam Ciebie bardzo brakowało, Złoty Chłopaku!


"Jestem tego pewny,
w głębi duszy o tym wiem,
że gdzieś na szczycie góry,

wszyscy razem spotkamy się."


4 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo! Michał nie był dla mnie kimś takim jak dla Ciebie Jarek, ale też ciężko było mi się z tym pogodzić.
      Domyślam się jak trudno było Ci czytać ten wpis :*

      Usuń
  2. Przykro mi z powodu Twojego przyjaciela :( To taki ból, gdy odchodzi ktoś dobrze nam znany...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :* tym bardziej jest ciężko, bo był naprawdę wspaniałym człowiekiem...

      Usuń