Obserwatorzy

niedziela, 30 kwietnia 2017

In the rain...


ZA OKNEM PANUJE WICHURA. DESZCZ BĘBNI O PARAPAPET WYSTUKUJĄC RYTM, KTÓRY DZIAŁA NA MNIE DOŚĆ NIEZWYKLE. OBSERWUJĘ STRÓŻKI DESZCZE SPŁYWAJĄC PO SZYBIE, KIEDY KĄTEM OKA ZAUWAŻAM, ŻE LEKKO SIĘ PORUSZASZ.
Zdjęcie mojego autorstwa! 
- ŚPISZ? -  PYTAM, ALE TY NADAL MILCZYSZ.
WPATRUJĘ SIĘ W TWOJE PLECY. WIEM, ŻE NIE ŚPISZ… CZUJĘ TO! ODDYCHASZ SPOKOJNIE, TWOJE RAMONA UNOSZĄ SIĘ I OPADAJĄ W RÓWNYM RYTMIE.
TĘSKNIĘ ZA TOBĄ. TĘSKNIĘ, CHOĆ LŻYSZ OBOK, NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI. WYJMUJĘ RĘKĘ SPOD CIEPŁEJ KOŁDRY I POKONUJĘ PRZESTRZEŃ, KTÓRA NAS DZIELI. MAM WRAŻENIE, ŻE MIJA WIECZNOŚĆ NIM DOCIERAM OPUSZKAMI PALCÓW DO TWOICH PLECÓW. DELIKATNIE PRZESUWAJĄC DŁONIĄ PO KRĘGOSŁUPIE, CZUJĘ JAK TWOJE CIAŁO CORAZ BARDZIEJ SIĘ NAPINA… WSTRZYMUJESZ ODDECH. TWOJA REAKCJA SPRAWIA, ŻE COFAM RĘKĘ. ZASTANAWIAM SIĘ, DLACZEGO W TEN SPOSÓB REAGUJESZ NA MÓJ DOTYK. CHCĘ PRÓBOWAĆ JESZCZE RAZ, ALE WIDOK TWOICH NAPIĘTYCH MIĘŚNI MÓWI MI, ŻE UCIEKNIESZ ODE MNIE. NIE CHCĘ TEGO.
- ŚPISZ? – PYTAM PONOWNIE, A TY NIE MÓWIĄC NIC ODWRACASZ SIĘ TWARZĄ DO MNIE. TERAZ TY WYCIĄGASZ RĘKĘ W MOJĄ STRONĘ I GŁADZISZ MNIE PO POLICZKU. ZAPOMNIAŁAM, JAKIE TO MOŻE BYĆ PRZYJEMNE. ZWYKŁY, NIEWINNY GEST, KTÓRY SPRAWIA, ŻE CZUJĘ W SOBIE ZNAJOME CIEPŁO. Z OKA PUŚCIŁA MI SIĘ NIESFORNA ŁZA. NACHYLASZ SIĘ I CAŁUJESZ JĄ Z MEGO POLICZKA. MOJE CIAŁO REAGUJE SPONTANICZNIE. OBEJMUJĘ CIĘ ZA SZYJĘ I PRZYLEGAM USTAMI DO TWOICH UST.
- PRZESTAŃ!
WYRYWASZ SIĘ Z MOICH OBIĘĆ. WSTAJESZ, ZAKŁADASZ UBRANIE. SIĘGASZ PO BUTY I SWÓJ CZARNY PŁASZCZ.
- NIE, OCH NIE! NIE UCIEKAJ, NIE ZOSTAWIAJ MNIE – MOJE MYŚLI GŁOŚNO KRZYCZĄ, CHOĆ Z UST NIE WYDOBYWA SIĘ NAWET NAJMNIEJSZY SZLOCH.
PATRZYMY SOBIE W OCZY. OBSERWUJĘ TAK UKOCHANE PRZEZE MNIE TĘCZÓWKI, A TY ZAPEWNE WIDZISZ WALKĘ, KTÓRĄ ZE SOBĄ TOCZĘ. TRWAMY TAK PRZEZ DŁUŻSZĄ CHWILĘ. NAGLE DO MOICH USZU DOCIERAJĄ SŁOWA, KTÓRYCH BAŁAM SIĘ USŁYSZEĆ, A KTÓRE WIEDZIAŁAM, ŻE TEJ NOCY PADNĄ.
- ODCHODZĘ… - ODWRÓCIWSZY SIĘ WYCHODZISZ. OBSERWUJĘ JAK ZAMYKAJĄ SIĘ ZA TOBĄ DRZWI. CZUJĘ PUSTKĘ, ALE TA PUSTKA NIE JEST MI OBCA. UŚWIADAMIA MI, ŻE OD DAWNA TAK NAPRAWĘ NIE BYŁO CIEBIE ZE MNĄ.
ODSZEDŁEŚ NA ZAWSZE... ODSZEDŁEŚ NAPRAWDĘ! 

sobota, 22 kwietnia 2017

Są wchody i zachody słońca, których się nigdy nie zapomina…

Jeśli kogoś zapytamy, z czym kojarzy mu się 1 kwietnia jestem pewna, że od razu odpowie – PRIAMA APRILIS! Niestety dla mnie już nie. Chyba do końca życia będę kojarzyła go z najgorszym "żartem" Prima Aprilisowym.

Ku pamięci Michała!
Był to ciepły, choć dość wietrzny dzień.  Rano, gdy wychodziłam do pracy nie zapowiadało się, że pogoda tak się zmieni. Wyszłam właśnie na spacer z moim chłopakiem, kiedy minęła nas pędząca karetka. Zawróciliśmy. Stwierdziłam, że szykuję się na wsi jakaś sensacja, a że ta często lubi mnie omijać, poszliśmy w stronę, gdzie pojechała karetka.
Jak to na wsi bywa, wszyscy powychodzili z domów zaciekawieni. Po drodze dowiedziałam się, kogo konkretnie panowie ratownicy szukali. Mój informator na odchodne rzucił głupim żartem, więc machnęłam na starszego pana ręką i poszłam dalej. Byłam prawie pewna, że jeśli pytali o to nazwisko, to zapewne pomocy potrzebuje pan Janek, który ostatnio był dość mocno schorowany. Zwolniłam kroku, bo to żadna sensacja. Ale kiedy mijałam znajomą wychodzącą z podwórka pana Janka, zagadnęłam ją, „co tam się stało?”, z lekkim uśmiechem na ustach.

MICHAŁ NIE ŻYJE!

Zaniemówiłam… czułam jak nogi się pode mną ugięły, dreszcze przeszły mnie po całym ciele i łzy napłynęły mi do oczu. „Jak to nie żyje?” - Zapytałam. Wtedy powiedziała mi, co się stało. Nie mogłam w to uwierzyć, a może nie chciałam? Przecież Misiek nie mógł tego zrobić. Każdy, ale nie on!
Zdusiłam w sobie łzy, bo wiedziałam, że jak się rozbeczę, mój chłopak zaraz będzie chciał zabrać mnie do domu. Przechodząc koło podwórka skąd wyszła moja znajoma, zobaczyłam szlochającego pana Janka. Poczułam nieprzyjemne ukłucie w sercu, chyba dopiero wtedy dotarło do mnie, co tak naprawdę się stało. Nogi zaprowadziły mnie do grupki ludzi, która stała nieopodal, aby zapytać czy to rzeczywiście prawda. Opowiedzieli mi, jak pan Janek znalazł Michała i wyleciał na ulicę krzycząc „pomocy”.

Mój dobry humor ulotnił się, ślad po nim zaginął. Wróciliśmy do domu, zostałam obsypana gradobiciem pytań. Musiałam wyjść na zewnątrz, bo moje myśli pędziły w mojej głowie jak na autostradzie. Ciągle czułam jakby brakowało mi tlenu, jakbym była zamknięta w szczelnym małym pomieszczeniu. Musiałam ruszyć się z miejsca i dać wiatru przewietrzyć głowę, bo rozsypałabym się na kawałki.

Smutek, żal, przerażenie, niedowierzanie, szok… te emocje ustąpiły miejsca ogromnie wielkiej wściekłości. Z moich ust, co jakiś czas wychodziły niekontrolowane słowa: „coś Ty najlepszego zrobił?” na zmianę „mam ochotę skopać mu dupsko!”.

Mój chłopak stwierdził, że po mojej reakcji wiedział, że Michał to nie był dla mnie jakiś tam tylko znajomy ze wsi. Na pewno nie przejęłabym się aż tak, gdyby to nie był dla mnie ktoś ważny.

Michała znam od lat dzieciństwa. Nie pojawiał się w okolicach mojego podwórka za często, ale kiedy już był wiadomo było, że to ten chłopiec. Niski blondyn o pięknych niebieskich oczach. I chyba tylko tyle pamiętam z tego okresu. Nie pamiętam czy się z nim bawiłam bezpośrednio, ale kojarzę, że jak się pojawiał to strasznie się go wstydziłam. Mimo, że był ode mnie młodszy.

Przez podstawówkę też specjalnie nie utrzymywałam z nim kontaktów, nawet mogę stwierdzić, że trochę go nie lubiłam, bo wydawało mi się, że skoro zadaje się z bandą łobuzów to i on jest w tej bandzie. Może myślałam tak o nim, dlatego, że kilkakrotnie widziałam jak bił się z kolegami? Przynajmniej po jego śmierci dowiedziałam się, dlaczego to robił.
Chyba dopiero w gimnazjum zdarzyło nam się kilka razy zamienić parę słów. Czasami czekając na autobus doszedł do naszego babskiego grona i rozśmieszał nas troszkę. Chyba już wtedy powoli rozkręcało się nasze koleżeństwo, bo pamiętam, że czasami przytulaliśmy się na powitanie. Kiedy wsiadałam do autobusu zawsze czekało na mnie i na moją przyjaciółkę miejsce po obu jego stronach. W poniedziałki zawsze opowiadał nam, co robił w weekend, zwierzał się z relacji z różnymi dziewczynami, opowiadał nam, która mu się obecnie podoba i dlaczego, mówił nam rzeczy, o których być może nie powinnyśmy wiedzieć. Ale i on nie był nam dłużny, potrafił słuchać i doradzić. Zawsze był bezpośredni i szczery. Pamiętam dzień, kiedy stwierdził, że już nigdy nie tknie alkoholu. Wiedział, że jak się napije traci nad sobą kontrolę i robi głupoty. Pochwaliłam jego pomysł, cieszyłam się, że sam do tego doszedł. Nie dam sobie ręki uciąć, bo po ukończeniu szkoły nasz kontakt znacznie się ograniczył, ale prawdopodobnie od tamtej pory nie tknął alkoholu.

To nie był Michał, dla wszystkich to był Misiu. Wesoły, zawsze uśmiechnięty, pozytywny, romantyk, kochany przytulas, lubiący o siebie dbać. Facet ze złota!
Zawsze, gdy mnie mijał jadąc samochodem z uśmiechem na twarzy machał czy trąbnął klaksonem.
Nie chce mi się wierzyć, że już go nie ma…

Ciągle w głowie przetwarzam te same pytania. Chciałabym wiedzieć, co go do tego skłoniło. Chciałabym wiedzieć, czy rzeczywiście nie miał wyboru, czy jeszcze można było mu jakoś pomóc. Chciałabym wiedzieć czy to był impuls, a może napiętrzające się problemy. Tego najprawdopodobniej już się nie dowiem. Zabrał tę tajemnicę ze sobą do nieba, bo wierzę, że właśnie tam trafił. Zasłużył na to!

Będzie nam Ciebie bardzo brakowało, Złoty Chłopaku!


"Jestem tego pewny,
w głębi duszy o tym wiem,
że gdzieś na szczycie góry,

wszyscy razem spotkamy się."


środa, 19 kwietnia 2017

Trudne początki!

Minęło sporo czasu od mojego ostatniego posta. Niejednokrotnie toczyłam ze sobą wewnętrzną bitwę, czy powrócić do pisania. W końcu towarzyszyło mi odkąd skończyłam 10 lat. Pisałam codziennie o swoich radościach i smutkach, problemach i sukcesach, złościach i wątpliwościach. Od zawsze dawało mi to ogromną swobodę bycia sobą. Pisanie, sprawiało, że problem stawał się dla mnie błahostką, a ze mnie uczynił cholernie silną osobę, którą nic nie było w stanie złamać.
Brzmi to zapewne dość niedorzecznie, ale tak właśnie było.

Znikłam z blogosfery, między innymi, dlatego, że spotkała mnie ogromna fala krytyki wśród znajomych, przez moje pisanie miałam kilka nieprzyjemnych problemów, a do tego doszła praca, nowy związek, co automatycznie wiązało się z mniejszą ilością czasu. Nie potrafiłam tego wszystkiego pogodzić, więc z czegoś musiałam zrezygnować. Akurat w tamtym czasie nie do końca zadowalały mnie treści umieszczanych przeze mnie postów, dlatego podjęcie tej decyzji wydawało mi się banalnie proste. Nie będę ukrywać, że bardzo tej decyzji żałowałam i żałuję do dziś, w końcu z poprzednim blogiem wiązała się masa wspomnień. Ale wiedziałam, że to jedyne wyjście, aby nie zaprzątać sobie tym głowy.

Muszę przyznać, że niejednokrotnie ponawiałam próby powrotu. Trochę próbowałam pisać w zeszycie, ale kiedy nie dawało mi to satysfakcji, jaką chciałabym czuć, włączałam komputer i otwierałam blog za blogiem. Niestety i to nie przynosiło zamierzonych efektów, dlatego dałam sobie czas, aby dojrzeć do decyzji, w której mój blog ponownie będzie kojarzony z moim nazwiskiem.
I oto po dłuższej przerwie i kilku nieudanych próbach – jestem!

Trzymajcie za mnie kciuki!

Pozdrawiam,
Ewelina!